Masutatsu Oyama

Niemożliwe uczynić możliwym
(M.Oyama)

Masutatsu OyamaOstatni Samuraj

W kwietniu minęło dziewięć lat od śmierci sosai Masutatsu Oyamy, twórcy potęgi kyokushin, które obecnie uprawia na świecie kilkadziesiąt milionów ludzi. Już za życia nazywano tego człowieka Ostatnim Samurajem. Jego wyczynów na polu karate nie udało się powtórzyć żadnemu ze współczesnych mistrzów dalekowschodnich sztuk walki. Masutatsu Oyama miał najwyższy stopień mistrzowski – 10 Dan. Założyciel i mistrz karate kyokushin Masutatsu Oyama urodził się 27 lipca 1923 roku w wiosce niedaleko Gunsan w południowej Korei. Jak każdy japoński chłopiec rozczytywał się w historiach o samurajach i ich wielkich czynach snując marzenia o staniu się w przyszłości kimś podobnym do japońskich rycerzy.

Jako dziecko był niezwykle silny, podobnie z resztą jak trzej jego bracia, z których każdy uprawiał sport.  Gdy byłem dzieckiem – wspominał sosai Oyama – uczono nas żyć tak, abyśmy nigdy nie musieli wstydzić się wobec rodziny czy przyjaciół. Uczyliśmy się na pamięć chińskiego wiersza: Jeśli człowiek opuści dom z jakimś celem, nie wolno mu nigdy powrócić w rodzinne progi bez jego zrealizowania. Nawet po śmierci. Dzieciństwo spędził sosai na farmie siostry w Mandżurii. Tam zetknął się z człowiekiem nazwiskiem Yi, który uważany był za eksperta w dalekowschodnich sztukach walki. Pod jego opieką młody Masutatsu rozpoczął naukę stylu osiemnastu rąk (shaku riki). W grupie chłopców biorących udział w treningach Oyama górował siłą i ogólną sprawnością fizyczną. Jego niesforna dziecięca natura powodowała, że stał się zadufany w sobie i nieraz nawet zdarzało się, iż uczestniczył w różnych wybrykach. Pycha opuściła go jednak, a stało się to pod wpływem zdarzenia o którym sosai nieraz wspominał podczas rozmów w gronie młodych adeptów sztuki karate.

Pewnego dnia – wspominał – w wieku dwunastu albo trzynastu lat bawiłem się z dziećmi z sąsiedztwa. Rzucony przeze mnie kamień uderzył w nogę przechodzącą dziewczynkę. Gdy zaczęła mnie łajać, mówiąc, że nie powinienem bawić się w ten sposób, bo mogę kogoś zranić, mój niesforny duch wziął nade mną górę. Poszedłem w ślad za nią wyczyniając przy tym jakieś błazeńskie ruchy. Potem objąłem ją od tyłu i uniosłem w górę. Krzyknęła ze strachu, a wszyscy moi koledzy śmiali się i klaskali w dłonie. Pomimo ich aplauzu zaczerwieniłem się i uciekłem jak spłoszony zając. Miała mnie później spotkać kara o wiele gorsza niż się spodziewałem. Ojciec mój dowiedział się o całym zajściu. Przy kolacji strasznie mnie złajał i zbił, potem zamknął w szopie. W ciemnym pomieszczeniu zacząłem płakać. Nie, nie z bólu po razach jakie zadał mi ojciec. Wstrząsnął mną szloch, bo po prostu wstydziłem się swojego zachowania i słów ojca, który powiedział, że nic dobrego ze mnie nie wyrośnie. W tamtej chwili powziąłem postanowienie, że stanę się człowiekiem tak wartościowym, żeby ojciec zawsze był ze mnie zadowolony.

Na początku lat czterdziestych, gdy w Europie szalała II wojna światowa, Masutatsu Oyama wyjechał do Tokio, gdzie wstąpił do szkoły lotniczej znajdującej się w prefekturze Yamashi. Każdego ranka rozwoził gazety i mleko, by zarobić na czesne. Naukę w szkole łączył z treningami karate. W wieku piętnastu lat zdobył shodan.

Wybór przez późniejszego twórcę kyokushinkai szkoły lotniczej, nie był przypadkowy. Japonia była w stanie wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Oyama kierując się duchem patriotyzmu, wstąpił w szeregi kamikadze, którego zamiarem były ataki samobójcze. Jego pragnienie oddania życia za ojczyznę jednak nie spełniło się. Wojna dobiegła końca, zawarto Układ Poczdamski i ogłoszono cesarski komunikat o kapitulacji.

W 1946 roku Oyama rozpoczął naukę na Wydziale Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Waseda, a karate trenował pod okiem legendarnego mistrza tej sztuki walki Gichina Funakoshi. W celu pogłębienia swej wiedzy o zwyczajach samurajskich, odwiedził między innymi dwóch wybitnych pisarzy E. Yoshikawa i S. Chucki. Niedługo potem wyjechał do Minhou, żeby przygotować się do pierwszych po wojnie wszechstylowych mistrzostw Japonii w karate. Turniej miał miejsce w Kioto w roku 1947. Masutatsu został na nim bezdyskusyjnym zwycięzcą.

Zostawszy mistrzem Oyama powziął zamiar o udaniu się w góry i doskonaleniu swoich umiejętności z dala od ludzi. Oyama udał się na górę Kiyosumi w prefekturze Chiba. Góra Kiyosumi znajduje się w odległości dziesięciu kilometrów od stacji kolejowej Yasubo Kominato – pisał we wspomnieniach – Szczyt jej pokryty jest dzikimi krzewami, dębami oraz klonami. Słynna świątynia Seijoji zawdzięcza swą sławę buddyjskiemu mnichowi Nichiren, który spędził tam wiele lat na surowym treningu. Zdecydowałem się na prowadzenie podobnego stylu życia, ponieważ obawiałem się, że zło zasiane przez II wojnę światową zniszczy mojego ducha karate. Zużyłem przecież całą energię na walkę w zaułkach ulicznych z żołnierzami amerykańskimi, którzy napastowali japońskie dziewczęta i zwyczajnymi chuliganami. Wielu moich znajomych odradzało mi udanie się w góry. Uważali to za bezsens i twierdzili, że poświęcanie się karate w czasach, gdy istnieje broń palna jest niedorzecznością. Byli i tacy, którzy pukali się palcem w czoło i mówili, że jeden człowiek na 80 milionów może się zachowywać w idiotyczny sposób. Nie uległem jednak tym opiniom i poszedłem w góry. Zabrałem ze sobą miecze, włócznie, kilka książek i naczyń.

Masutatsu OyamaTo miejsce stało się samotnią Masutatsu Oyamy i jednego z jego uczniów Yoshiro. Zbudowali oni prosty szałas. W ciężkim okresie izolacji od cywilizacji w środku dzikich gór dwóch karateka rozpoczęło wyczerpujące treningi. Kondycję fizyczną podnieśli do rzadko osiąganego poziomu. Pewnej nocy Yoshiro ucieka z szałasu nie mogąc znieść takiego trybu życia. Masutatsu Oyama zostaje sam w górach zaopatrywany raz na miesiąc przez swojego przyjaciela. Oto jak wspomina tamte dni: Mój dzień zaczynał się o czwartej rano. Gdy tylko się obudziłem, biegiem do najbliższego potoku, by się umyć w zimnej wodzie. Po śniadaniu, które składało się z porcji ryżu i ziarenek grochu, czytałem aż do południa. Trening rozpoczynałem po południu.

Uderzałem w drzewa oplecione winoroślą technikami seiken, nukite, shuto oraz nożnymi. Często nachodziły Masutatsu Oyama wątpliwości i stawiał sobie liczne pytania dotyczące wygód stworzonych przez cywilizację oraz obecnego trybu życia. Wątpliwości pogłębiały się pod wpływem samotności, medytacji i lektury tekstów religijnych. Oyama napisał do swego duchowego przyjaciela So-nei-chu prosząc go o radę. To co wydaje się niemożliwe dla innych pan może zrealizować, trzeba tylko chcieć, to jest sprawa treningu. Pan jest wytrwały w dążeniu do swego celu – odpisał mu mistrz.

Ten list odpowiedział na wątpliwości Masutatsu Oyamy, który mobilizuje się, aby zostać najlepszym karateką w Japonii. Słysząc o dawnym mistrzu karate, który zabijał byka uderzeniem pięści, Masutatsu Oyama podjął treningi z jeszcze większym natężeniem. Przez cały ten osiemnastomiesięczny okres nie było dnia bym odpoczywał. Wieczorami siadałem przed ścianą mojego szałasu, na której narysowany był okrąg i wpatrywałem się w niego. To było moje ćwiczenie koncentracji i uwalnianie rozumu od myśli oraz z niczym nie związanych pomysłów. Z czasem zmieniłem jednak metodę ćwiczenia umysłu. Moim wyzwaniem stała się skała. Pozbierałem kamienie, które odpowiadały mi kształtem i wielkością. Następnie usiłowałem je przełamać na pół techniką shuto. Niestety, moje próby były bezskuteczne. Jednak nie poddawałem się. Przez kolejne dni nadal starałem się osiągnąć zamierzony cel. Nocami przesiadywałem w swoim szałasie ze wzrokiem utkwionym w kamień, który leżał przede mną. To była moja nowa metoda ćwiczenia koncentracji. Pewnego razu, gdy była pełnia księżyca coś się we mnie poruszyło. Oto poczułem w sobie moc, która dała mi wiarę w rozbicie leżącego tuż obok głazu. Uklęknąłem i zastosowałem technikę shuto. Kamień rozpadł się na dwie równe części. Zrobiłem to! Od tamtej pory codziennie rozbijałem dłonią wiele kamieni. Mieszkańcy miasteczka udawali się czasami w góry, aby obserwować dziwaka z włosami na ramionach i długimi wąsami, który uderzał w drzewa, później nieruchomiał na dłuższy czas medytacji. Równie długo i namiętnie oddawał się lekturze. Główną pozycję stanowił testament Miyamoto Musahi słynnego samuraja, mistrza w sztuce walki na miecze.

W miejsce, gdzie trenowałem, zaczęły przychodzić dzieci i czasami wołały do mnie Potwór. Po jakimś okresie jednak zaprzyjaźniliśmy się. Najgorsze były dla mnie noce i towarzyszące podczas nich poczucie samotności. Wtedy pocieszeniem były nawet wyjące lisy. Byłem przecież młodym mężczyzną. Musiałem coś uczynić by nie wrócić do ludzi. W tym celu zgoliłem sobie brew. Gdy zobaczyłem swoje odbicie w lustrze wody, odniosłem wrażenie jakbym widział potwora. Mając taki wygląd nie mogłem wrócić do ludzi. Czynność golenia jednej z brwi musiałem powtarzać co trzy miesiące, bowiem tyle czasu mi ona odrastała. Po 18 miesiącach Oyama w znakomitej formie fizycznej opuszcza odludzie.

W 1947 roku odbyły się w Tokio Pierwsze Otwarte Mistrzostwa Japonii we wszystkich stylach karate. Masutatsu Oyama był niepokonany. Jego przewaga fizyczna i wytrenowanie górowały znacznie nad przeciwnikami.

Jego stara idea zabicia byka gołą pięścią trwała nadal. Udał się do rzeźni w Tateyama na przedmieściach Tokio, gdzie po długich dyskusjach uzyskał zgodę na stawienie czoła 500 – kilogramowemu bykowi. Jedno uderzenie pięścią w czaszkę byka i zwierzę krwawiąc z nosa i pyska uciekło galopem. Oyama opuściłby rzeźnię załamany, lecz zauważył, że rzeźnik zabijając byka pałką łamie mu jeden róg i to nasunęło mu sposób walki. Zaczyna więc walczyć z małymi byczkami, odcina uderzeniami gołych rąk jeden róg po drugim, zabijając coraz większe zwierzęta. Stowarzyszenie filmowe zaproponowało mu nawet nakręcenie filmu o tych wyczynach. Masutatsu Oyama studiuje najpierw zwyczaje walki z bykami, ich słabe i mocne punkty. Aby umknąć bykowi trenuje sprint. Każdego ranka biega 8 kilometrów i ćwiczy 5 godzin dziennie w Dojo (sali treningowej). W roku 1950 Masutatsu Oyama zabił ciosem ręki pierwszego byka. Czynu tego dokonał w rzeźni. Wkrótce jest gotów zaprezentować się przed innymi.

Walka z bykiem miała odbyć się w miasteczku Teteyama. Ze względu na nieprzerwanie padający deszcz walkę odroczono, a jeden z reporterów powiedział: Niech Pan błogosławi deszcz Panie Oyama, daje on Panu jeszcze jeden dzień życia. Mimo wątpliwości i obaw, Masutatsu Oyama niedługo po tym wszedł na arenę, aby spotkać się z 625-kilogramowym zwierzęciem, którego każdy z rogów miał 40 cm długości. Arena była dokładnie ogrodzona. Zwierzę znajdowało się już w klatce. Dwaj mężczyźni stali przy balustradzie i trzymali sznury, do których byk był przywiązany. Nagle szmery na widowni ucichły. Ktoś dał znak do rozpoczęcia widowiska. Wtedy podniesiono drzwi klatki, a mężczyźni puścili liny. Jeden z nich uderzył zwierzę końcem sznura. Unikając szarży rozwścieczonego byka, Oyama chwycił go za róg i zmusił by upadł na piasek. Ale siła zwierzęcia w porównaniu z ludzką spowodowała, że karateka został odrzucony na bok z ciałem pokaleczonym od góry do dołu. Nie zważając na krew płynącą z piersi, Oyama ciął byka w róg. Oniemiali widzowie zobaczyli zwierzę kładące się na piasku po ciosie człowieka. Błyskawiczne uderzenie shuto i róg byka rozpadł się na kawałki. Masutatsu Oyama zrealizował swoje marzenie – zwyciężyć dorosłego byka gołą ręką. Walka trwała 35 minut. Oyama wyjaśniał później co złożyło się na sukces. Po przewróceniu zwierzęcia na ziemię on odłamał mu róg uderzeniem shuto. Mimo, że wielbiciele krzyczeli o niezwyciężoności swego idola, Oyama zapewniał, że 100- kilogramowy karateka, trenowany odpowiednio, jest zdolny osiągnąć te wyniki w czasie krótszym niż trzy lata.

Masutatsu OyamaNadludzka siła potrzebna do złamania rogu byka czy cegieł może być nabyta przez odpowiedni trening. Odporność psychiczna i skupienie grają ogromną rolę w tego rodzaju przedsięwzięciach. Zdanie Miyamoto Musashi mocno zapisało się w pamięci Masutatsu Oyamy: Nie myśl o niczym innym w życiu jak o zwycięstwie lub klęsce – inne możliwości są bez znaczenia. Masutatsu Oyama chcąc popularyzować swoje karate, które nazwał kyokushin (ekstremum prawdy), wyjechał do Stanów Zjednoczonych. W Ameryce walczył z bykami w obecności wielu dziennikarzy, filmowców i licznej publiczności. To wtedy właśnie jedna z najbardziej prestiżowych gazet New York Times nazwała go Boską Ręką. We wrześniu 1956 roku odbył się pokaz na stadionie w Tokio.

Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt zabroniło mu formalnie takich walk. Masutatsu Oyama zdecydował się na odcięcie rogu 600- kilogramowemu bykowi nazywanemu Raiden Go. Jeśli w pierwszej walce potrzebował pół godziny, to teraz wystarczyły mu trzy minuty by pozbawić byka rogu, na przekór licznym widzom, którzy przyszli obejrzeć klęskę człowieka w walce ze zwierzęciem.

W ramach eksperymentu Oyama walczył z 52-oma bykami o różnych rogach. Pokonał wszystkie, w tym trzy zabił. Wielu ludzi miało za złe Oyamie jego pojedynki ze zwierzętami. Protestowały między innymi organizacje proekologiczne. Trzeba jednak zrozumieć, że w pojedynkach tych Oyama starał się pokazać ogromną moc kyokushin, która polegała nie tyle na sile fizycznej, ile na potędze ludzkiego ducha. Japończycy mają wszak odmienny stosunek do przyrody niż ludzie kultury Zachodu. Piszemy o tym, aby nikt nie sądził, że Masutatsu Oyama pozbawiony był uczuć humanitarnych wobec zwierząt.

W swoich rozlicznych podróżach Oyama przybył również do Rio de Janerio. Jedną ze swoich brazylijskich przygód wspominał następująco:
Miejsce, do którego przybyłem, słynęło – o czym się póĽniej dowiedziałem – z ludzi doskonale walczących na noże. Przebywałem na jednej z farm, której właściciele bardzo chcieli poznać karate. Pragnąłem propagować tę sztukę walki na całym świecie, więc zgodziłem się na pokaz. Ustawiłem trzy butelki na krawędzi stołu, przykucnąłem, wziąłem głęboki oddech, a następnie uderzyłem w szyjki butelek techniką shuto. Po chwili butelki stały w tym samym miejscu, gdzie je ustawiłem, tyle że były pozbawione górnych części. Wzbudziło to wielki podziw u obecnych tam ludzi. Wstał wtedy groźnie wyglądający osobnik i zapytał mnie, czy karateka może walczyć z kimś, kto posiada nóż. Powiedziałem, że owszem, więc tamten wyzwał mnie na pojedynek. Kiedy nadszedł czas konfrontacji, czekałem aż napastnik wykona pierwszy ruch. Po chwili wymachiwał nożem jakby chciał mi coś uciąć. Uderzyłem dłonią w jego rękę tak, że nóż wyleciał mu z pięści. Teraz mogłem wykonać dowolną technikę, ale uważałem, że skoro przeciwnik został pozbawiony broni, sprawa jest przesądzona. On jednak próbował atakować mnie nadal. Złapałem jego nogę i kopnąłem go w bok. Walka była ostatecznie rozstrzygnięta.

Masutatsu OyamaWe wstępie do swojej książki „What is Karate” Oyama wyjaśnia swoją filozofię z upływem lat.
Chciałem sprawdzić moje możliwości fizyczne i myślałem, że siła leży u podstaw mego karate. Nie spotkałem się nigdy z żadną głębią duchową i to sprowadziło mnie na złą drogę. Teraz myślę inaczej, często posługuje się inteligencją, aby odkryć prawdę i sens naszej egzystencji. Rozważając to, co osiągnąłem, pocieszam się stwierdzeniem, że bardziej ćwiczyłem swój umysł niż ciało i to jest być może prawdziwy sens karate. Jeden buddysta poradził, abym nie był egoistą i dał skorzystać innym z mojej wiedzy. To dlatego piszę tę książkę po trzydziestu latach praktyki. Wielu ludzi sądzi, że wygrywa w walce ten, kto pierwszy uderzy. W karate nie jest to prawdą, ponieważ moment zwycięstwa jest ściśle określony tzn. wtedy, kiedy rozpoczyna się atak, a nie po nim. Jest to fundamentalna zasada, nad którą każdy karateka musi pracować. Ta idea jest podstawą japońskiej sztuki walki iai, która tak jak karate opiera się na tych samych zasadach. Podczas mojego turne po USA w 1952 roku łamałem 6 desek po 3 cm każda. Jeden z mężczyzn o wadze 130 kg zbliżył się i uderzył w deski z całej siły. Efekt: ręka jego zaczęła krwawić i zaniechał dalszych prób. Ja złamałem deski jednym uderzeniem pięści po okresie intensywnej koncentracji. Inna anegdota ilustrująca tę ideę: Po powrocie do Japonii spotkałem mistrza M. Chin eksperta boksu chińskiego. Nie ważył więcej niż 55 kg, ale posiadał nadzwyczajną technikę. Pierwsza konfrontacja w walce mężczyzn: trzydziestokilkuletniego karateki i sześćdziesięcioletniego eksperta chińskiego boksu wypadła na niekorzyść tego pierwszego. Budowa ciała pana Chin mówiła o tym, że jego mięśnie są z żelaza. Był bardzo spokojny. W czasie pojedynku karate istotną rzeczą jest oszacowanie dystansu od przeciwnika. Robi się to poprzez zwrócenie uwagi na jego sposób oddychania. W wypadku pana Chin było to niemożliwe. Człowiek ten zdawał się nie oddychać. Każdy mój cios spotykał się z jego wyrachowaną obroną. Podczas testu łamania desek, obrócił się, zrobił trzy kroki i złamał deski mimo zadraśnięć na skórze. Gdy pytałem go o jego możliwości M. Chin wyjaśnił sekret opierający się na praktykowaniu Zen, który wykonywał każdego dnia po dwie godziny od blisko 30 lat. Ja również byłem zdolny złamać te deski , ale dzięki mojej sile fizycznej, a nie duchowej. To była cała różnica między M. Chin a mną. Twoje karate jest bardzo groźne – powiedział do mnie potem – posiadasz szybkość i siłę, ale ogólny jego kształt jest raczej prostolinijny. Sekret chińskiego boksu tkwi w tym, że należy poruszać się wokół pewnego punktu, który jest wewnątrz twojego ciała. Pozostałem jakiś czas u tego zacnego człowieka, będąc bardzo uradowanym że pod jego okiem mogę doskonalić swój umysł i ciało. Uwielbiałem wielką siłę duchową jaka emanowała z tego człowieka. Otrzymałem jeszcze jeden dowód tej ogromnej siły duchowej podczas zwiedzania świątyni w Nagasaki, gdzie stary mnich, który studiował boks chiński, był zdolny zanurzyć rękę na 10 sekund w gotującej się wodzie bez żadnej szkody – Może Pan zrobić wszystko czego Pan zapragnie w życiu. Wystarczy tylko w to wierzyć. Siła umysłu jest połączona z fizyczną i pozwala na takie wyczyny jakie uważa się za niemożliwe. Oto dlaczego karate nie może być użyte do złych czynów.

Twórca kyokushin odznaczał się niezwykle twardym charakterem. Jednocześnie uważany był za człowieka o gołębim sercu. Jego uczniowie wielokrotnie powtarzają że był dla nich jak ojciec. Oyama mawiał : Należy być silnym jak lew, a zarazem szlachetnym jak kwiat. Poprzez trening można dotrzeć do bram niebios. Wielu ludzi -szczególnie propagatorzy karate bezkontaktowego- zarzucało mu, że kyokushin jest zbyt brutalną sztuką walki.

On jednak twierdził, iż demonstracja samych form karate jest jedynie tańcem, który nie przystoi prawdziwemu wojownikowi. Uważał jednocześnie, że karateka powinien przykładać ogromną wagę do kultury osobistej, której zasady zawarte są w kodeksie Dojo. Bez nich człowiek uprawiający kyokushin staje się jedynie osiłkiem budzącym u ludzi odrazę. Masutatsu Oyama zakazał w czasie pojedynków karate wyprowadzania ciosów na głowę. Wiedział bowiem jak straszne spustoszenie czynią takie uderzenia w czaszce człowieka. Mawiał : Głowa to rzecz święta.

W listopadzie 1993 roku Ostatni Samuraj przybył do Polski z okazji odbywającego się w Katowicach Pucharu Europy w Kyokushin Karate Oyama Cup. W hali widowiskowo – sportowej, gdzie zawody miały miejsce witał go jedenastotysięczny tłum. Była to jego ostatnia podróż zagraniczna . Masutatsu Oyama zmarł na raka płuc 26 kwietnia 1994 roku o godz. 8.30. Miał 71 lat. Na jego pogrzeb przybyli do Tokio nawet ci uczniowie, którzy przed laty opuścili go i pozakładali na całym świecie własne organizacje karate. Stojąc nad urną z prochami wielkiego mistrza zdawali sobie sprawę, że oto żegnają człowieka, od którego odeszli, ale który w sposób niezaprzeczalny ukształtował całe ich życie. Człowieka, który pozostawił po sobie dzieło niezniszczalne – KYOKUSHIN.

Nakreśliłem drogę rozwoju międzynarodowego Budo karate, które jest dostępne dla każdego człowieka na świecie pisał Masutatsu Oyama pod koniec życia- uważam,że kyokushin karate może być nośnikiem mądrości i tradycji płynących z orientalnej kultury, która przecież tak silnie związana jest ze współczesnym światem. Nawet, kiedy umrę, mam nadzieję, że kyokushin nadal będzie rozwijało się tak długo, jak długo będzie istniał rodzaj ludzki. Uważam, że karate jest najmocniejszą sztuką walki na Ziemi, a kyokushin najsilniejszą ze wszystkich. Uczy ono bowiem przyjmować wyzwania stawiać im czoło w poczuciu ducha walki.

Trzy lata po śmierci sosai Oyamy na górze Mitsumine został odsłonięty obelisk ku czci Ostatnie-go Samuraja. Lewa jego część to ogromny kamień z czarnego granitu z umieszczonym na porcelanie zdjęciem sosai. Tuż obok mieści się druga bryła w kształcie kuli, w której wyryto napis Pokój na świecie. Trzeci obelisk, składający się z dwóch kolumn, wykonano również z czarnego granitu. Mieści się w nim czerwonobrązowa płyta, na której widnieje imię i nazwisko zmarłego. Obelisk ten ma przypominać każdemu przechodniowi, że aby żyć, trzeba walczyć.

fragmenty z art. Moc boskiej ręki Grzegorz Dzik.

Wróć do góry